mar 30 2010

Bocianizm Naukowy

Teoria bocianizmu naukowego, AKA Inteligentne Przynoszenie,  to naukowy (tupnięcie nogą) pogląd, iż pochodzenie dzieci nie jest dostatecznie wytłumaczone przez naturalistyczną, materialną, teorię naukową (to tylko teoria!) biologii reprodukcyjnej.

Bocianizm naukowy, podobnie jak powiązany z nim kreacjonizm naukowy i jego weryfikacja, może być pozytywnie zweryfikowany poprzez udowodnienie, że gdzieś coś jest nie tak z biologią reprodukcyjną. Jeśli coś jest nie tak z biologią reprodukcyjną, bocianizm musi być prawdą.

Niedawną nowością w Bocianizmie jest teoria Inteligentnego Przynoszenia,  dzięki której można połączyć w spójną całość wszystkie inne alternatywne teorie pochodzenia dzieci, takie jak Teoria Kapusty. Inteligentne Przynoszenie nie zajmuje się wątpliwościami biologów reprodukcyjnych i nie uznaje w jednoznaczny sposób bocianów za Inteligentnych Nosicieli.

Jednym z argumentów za Inteligentnym Przynoszeniem są nieredukowalnie złożone cechy istot żywych, które nie mogą pochodzić ze stopniowego, losowego procesu reprodukcyjnego, a więc musiały być inteligentnie stworzone i przyniesione.

Ponieważ również istnieje przynajmniej jeden przykład niepokalanego poczęcia, falsyfikuje to biologię reprodukcyjną poprzez stosunek seksualny.

Dla zachowania uczciwości i obiektywizmu, szkoły powinny nauczać przez równą ilość czasu Inteligentnego Przynoszenia, a następnie pozwolić uczniom podjąć decyzję o słuszności którejś z teorii.

W następnym odcinku:  film Na Południu Nic Nie Ma. Wzruszająca historia dzielnego nauczyciela geografii w liceum, który postanawia wyjawić swoim uczniom prawdę o nieistnieniu Australii. Finałowa scena batalii sądowej z producentami globusów, właścicielami pubów o tematyce australijskiej i z Kylie Minogue zapada w pamięć na długo.


mar 16 2010

Koncert Edguy – relacja

Matko boska, ale pozamiatali. Po kolei.

Dnia 15 marca w klubie Cathouse odbył się koncert, na który czekałem circa about 6 – 7 lat: Edguy na żywo. Miałem swoje oczekiwania odnośnie poziomu, ale też wiedziałem, czego się spodziewać – koncertówkę Burning Down the Opera znam na pamięć, DVD Fucking with Fire widziałem. Mogłem co najwyżej modlić się do niebios o kilka z moich ulubionych kawałków; liczyłem po cichu, że obok żelaznego repertuaru (Babylon, Tears of a Mandrake, któraś z ballad, Fucking With Fire, Avantasia, Vain Glory Opera etc.) oraz spodziewanych nowości z ostatniej płyty (Ministry of Saints i Speedhoven to były praktycznie pewniaki) zagrają coś niespodziewanego. Liczyłem na jakiegoś powermetalowego patataja (czyt. Fallen Angels z Mandrake albo Wings of a Dream) i coś cięższego (The Asylum z Rocket Ride, chociaż nigdy tego nie grają). O dziwo było kilka kawałków, których się nie spodziewałem, kilku z pewniaków nie usłyszałem… po kolei.

Po odczekaniu swojego w kolejce, kontroli osobistej (chętni mogliby wnieść karabin maszynowy z trójnogiem, ochrona robiła to bardziej dla picu) i jednym szybkim drinku udałem się pod samiusieńką scenę, by oddać się delikatnej przyjemności słuchania jakże subtelnej muzyki metalowej.

Tu muszę wcisnąć małą dygresję; zastanawiało mnie, dlaczego prawie nikt nie ustawia się z prawej strony, gdzie przecież publika miałaby świetny widok na zespoły. Szczęśliwy jak kretyn z bateryjką ruszyłem tam chyżo; gdy tylko rozpoczął się koncert, poznałem dwa powody, dla których ludzie stawali z prawej strony dopiero wtedy, gdy gdzie indziej nie było już miejsc. Pierwszym problemem, który na początku olałem, był WYJEBANY W KOSMOS I WIELKI głośnik, ukryty za reklamą Jacka Danielsa. W momencie, w którym jakikolwiek dźwięk wydobywał się z systemu nagłośnienia, ja miałem mroczki przed oczami, było tak cholernie głośno; na dodatek jakość nagłośnienia w tym miejscu była co najmniej średnia. Jeszcze jednym problemem był mały metalowy podest, tuż pod samą barierką; generalnie drugi rząd fanów stał na jego skraju i w trakcie większego tłoku/machania łapami/ogólnego chaosu podczas koncertu spieprzyłem się z niego prosto na następny rząd ludzi. Mogło być lepiej… ale przynajmniej miałem świetny widok na zespoły, bo stałem tuż pod sceną (tylko kurna nie przybiłem high five Tobiasowi Sammetowi :( ).

Około dwudziestej na scenę wszedł support w postaci amerykańskiego zespołu White Wizzard. Ni cholery nie znałem ich twórczości, ale to, co słyszałem, było bardzo zachęcające – sympatyczny, prosty heavy metal, brzmiący trochę jak Iron Maiden na sterydach. Co prawda bliskość nagłośnienia trochę przeszkadzała, ale i tak w pamięć zapadło mi kilka kawałków: Celestina, 40 Deuces, Out of Control, no i White Wizzard. Zespół był wyluzowany i mimo drewutni odstawionej przez publikę (99% ludzi miała w trakcie tej części koncertu miny typu “fajnie, że gracie, ale spierdalamento i niech już wejdzie Edguy”) trzymali poziom. Życzę chłopakom sukcesów – koncert dali bardzo zacny. Do tego plus dla wokalisty za koszulkę Swashbuckle ;)

Amerykanie szybko posprzątali po sobie, ja zdołałem odzyskać słuch i na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru, czyli Edguy. Najpierw jednak wszyscy radośnie wyśmiali perkusistę, Felixa Bohnke, który pogubił pałeczki, usiłując się popisać. Zaczęli… czymś, do cholery, stałem tam jak głupek i zastanawiałem się, co oni grają. Moje wątpliwości rozwiało dopiero zerknięcie na pożyczoną rozpiskę po koncercie, było to Dead or Rock z Tinnitus Sanctus. Publika już w tym momencie szalała wesoło i darła japy, czyt. normalny koncert, nie ma na co patrzeć. Potem było jednak tylko lepiej.

Drugim utworem zagranym przez Niemców był jeden z pewniaków i mój faworyt ze wspomnianego Tinnitus Sanctus, czyli Speedhoven. W trakcie utworu zaczęło boleć mnie gardło od darcia mordy, ale wytrwale śpiewałem z całą salą. Następnie kolejny pewniak i kolejny z faworytów, Tears of a Mandrake z Mandrake. Tu muszę wspomnieć o żywiołowości zespołu: gitarzyści szaleli na scenie, a Tobias Sammet… cholera, tego się nie da opisać, co on tam wyprawiał. Skakał, robił jakieś szpagaty czy inne dziwactwa, walczył ze stojakiem na mikrofon, robił sobie jaja z reszty zespołu itp. Chłopaki potrafili też rozruszać publikę – ta sama banda sztywniaków podczas występu White Wizzard na Edguyu mało nie rozniosła klubu.

Potem nastąpiła typowa dla tego zespołu część sing-along, gdzie herr Sammet dalej sterował publiką (“a teraz śpiewamy po japońsku! Niiiiiiiiiiiiiiiiii!” “No, na koncercie w Anglii dwa dni temu śpiewali lepiej od was”, na co usłyszałem z boku odpowiedź z mocnym, szkockim akcentem: “masz jaja, koleś”), która płynnie przeszła w Lavatory Love Machine. Czekałem na ten utwór i nie zawiodłem się; tradycyjnie, śpiewała cała sala. Potem publika dostała wykład o tym, że własna twórczość i styl Edguy ssała, muzycy postanowili po prostu zerżnąć z kogo innego (Europe, halo?). Efektem był oczywiście następny kawałek, czyli Vain Glory Opera, podczas którego przestałem w ogóle czuć gardło.

Następny utwór był, muszę przyznać, zaskoczeniem, bowiem muzycy zagrali The Piper Never Dies z Hellfire Club. Chyba w tym momencie mignęła mi z boku jakaś topless pani, niesiona przez tłum. Jak już mówiłem, wszyscy dobrze się bawili :) Potem był kolejny pewniak i kolejne źródło radości dla fanów, czyli Ministry of Saints. Utwór poprzedziła odezwa do dziennikarzy (“proszę nagrywać i wrzucić na youtube: tak, wyprzedaliśmy się” ;) ) Uszy zaczynały mi pękać od nadmiaru awesome. Po nim zespół zostawił za sobą perkusistę (“On drums… drummer”) i poszedł na browca za kulisy, a Felix Bohnke zagrał nam wesołą solówkę.

Druga część koncertu zaczęła się kolejnym pewniakiem, czyli Superheroes z Rocket Ride. Nigdy szczególnie nie przepadałem za tym kawałkiem, ale na żywo dobrze się przy nim bawiłem. Potem była, cytuję, “pizdowata, gejowska ballada, ale będzie jeszcze bardziej gejowsko, bo Dirk zaraz pokaże fiuta” – Save Me, też z Rocket Ride. Znów, śpiewała cała publika… właśnie, publika. Jako, że koncert miał się zaraz “skończyć”, wszyscy dostali delikatnej amby. Ochroniarz nie nadążał z wyprowadzaniem/wynoszeniem ludzi niesionych przez tłum, jeden osobnik nawet się przedarł i wskoczył na scenę, by przytulić się do Jensa Ludwiga. Zespół oczywiście przyjął to na luzie (Tobi nawet przybił piątkę jednemu z wynoszonych… w trakcie wynoszenia). “Ostatnim” utworem było Fucking with Fire, tu już zaczęła boleć mnie szyja od kręcenia łbem jak kretyn.

Oczywiście po “zakończeniu” cała widownia zaczęła konsekwentnie drzeć mordy i domagać się bisów. Dostaliśmy trzy i ciut – pierwszym była największa niespodzianka koncertu, czyli Sacrifice z Rocket Ride. No ni cholery się nie spodziewałem tego utworu. Potem Tobias oznajmił, że teraz “zrobią coś angielskiego” (na co znów usłyszałem ripostę ze szkockim akcentem, “yeah, we’ll have a wank”) i ku jeszcze większemu zdumieniu publiki zagrali fragment The Trooper Maidenów. Drugim z utwórów na bis był żelazny pewniak i jedyny powermetalowy patataj wieczoru, czyli Babylon z Theater of Salvation.  Koncert zamknął King of Fools, podczas którego wszyscy skakali i szaleli na całego. Zespół podziękował, wyrzucił w tłum resztę kostek do gitary i innych dupereli, po czym się zmył.

Refleksje na szybko po koncercie? Dziwi brak kilku utworów (GDZIE AVANTASIA?!), no i nagłośnienie pozostawiało sporo do życzenia. Ledwie mówię, ledwie słyszę, w uszach mi dzwoni i jestem ogólnie skołowany. I niech mnie szlag, jeśli to nie była najlepsza zabawa od kilku miesięcy. Polecam wszystkim koncerty Niemców, bo cholera, wiedzą, jak rozruszać widownię. No i może kiedyś odwiedzą Polskę ;)


mar 7 2010

In Memoriam

Kilka dni obsuwu, ale nic.

7 lat temu – w nocy z 5 na 6 marca 2003 – w podwarszawskiej Magdalence funkcjonariusze Wydziału Bojowego Zarządu Bojowego CBŚ przeprowadzili szturm na willę, w której ukrywało się dwóch skurwisynów. Przy próbie wejścia do budynku doszło do eksplozji przygotowanych przez bandytów ładunków wybuchowych; następnie wywiązała się trwająca kilka godzin strzelanina. W wyniku akcji zginęli nadkom. Marian Szczucki i podkom. Dariusz Marciniak.

Cześć ich pamięci.


mar 4 2010

Battlestar AWESOME

…tak na rozgrzewkę, luźne przemyślenia o dwóch serialach science fiction.

W 1978 roku na rynek telewizyjny trafił serial telewizyjny pt. Battlestar Galactica. W życiu nie widziałem jednego odcinka, wiem tylko, że była to zwyczajowa dla tamtych czasów epicka saga kosmiczna o niedobitkach 12 ludzkich kolonii uciekających przed rasą złych robotów znanych jako Cyloni. Zważywszy na datę powstania strzelam, że serial usiłował wykorzystać marketingową wrzawę wokół science fiction wywołaną przez Gwiezdne Wojny i pierwszy film Star Trek. Widzowie otrzymali 24 odcinki + 10 odcinków sequela, Galactica 1980, zanim cały projekt trafił szlag.

Fabuła jednak okazała się na tyle pomysłowa, że ktoś po latach zwęszył w uniwersum BSG niezły biznes. W 2003 roku, w ramach odkopania sagi z czarnej dziury odwołania, powstał dwuodcinkowy mini-serial Battlestar Galactica, a rok później świat ujrzał regularny serial telewizyjny, emitowany łącznie przez 4 sezony. Całość zamknął wypuszczony w 2009 roku film Battlestar Galactica: The Plan.

Ogólne założenia fabuły oryginalnej BSG i remake’u są zbliżone, chociaż wiele detali zostało zmienionych. Ludzkość, mieszkająca na 12 planetach – koloniach Kobolu, wdała się w niszczącą wojnę z własnymi tworami, rasą robotów – Cylonów. Jednak od tych wydarzeń minęło 40 lat, w trakcie których Cylonów ani nie widziano, ani nie słyszano. Nawet średnio rozgarnięta osoba zgadnie, że wszystko trafia szlag, gdy kolonie zostają podstępnie zniszczone, a ludzkość wybita prawie do nogi.

Jest jednak nadzieja. Mała flota okrętów, chroniona przez ponad 40-letnią gwiazdę bojową (battlestar, typ okrętu) Galactica, unika zniszczenia. Od tego momentu niedobitki naszego gatunku ruszają na epicką – mam skłonność do nadużywania tego słowa, leczę się – podróż przez Wszechświat, by odnaleźć nowy dom.

Do telewizyjnego i filmowego science fiction przekonały mnie seriale z uniwersum Star Trek. Mają one masę bolesnych wad, a największą jest praktycznie zero-jedynkowe postrzeganie moralności, zasad, prawa etc. Sam koncept przestrzegania prawa w 100% to dobry pomysł, ale gdy po raz 36 kapitan Archer/Janeway/Picard/Sisco/Kirk (niepotrzebne skreślić) chce się poświęcić dla dobra nieznajomego/członka załogi/przyjaciela/niewinnych istot (niepotrzebne skreślić), widz natychmiast leci do toalety, bo robi mu się niedobrze od nadmiaru cukru i szlachetności. Wszystkie seriale Star Trek bazowały też na podobnym – i bardzo wtórnym – składzie załogi, co najboleśniej było widać na przykładzie bohaterów starających zrozumieć ludzkie/federacyjne wartości, albo nawet stać się ludźmi (Data z TNG, Odo z DS9, Seven of Nine, Doctor z Voyagera, na siłę również Phlox z Enterprise, no i oczywiście Spock z jego ludzkimi korzeniami). Zawsze musiał być też logiczny mędrek (Data, Spock, T’Pol z Enterprise, Tuvok z Voyagera, w sumie również Bashir z DS9) a także ktoś, kto głęboko ceni sobie swoje uczucia, instynkty, intuicję etc (większość, jak nie wszyscy kapitanowie, Harry Kim z Voyagera etc.). Oryginalnością popisali się scenarzyści Voyagera, bowiem stworzyli Neelixa. Kim był Neelix? Pierwowzorem Jar-Jar Binksa z Mrocznego Widma, postacią, którą każdy chce zabić po 5 minutach.

A czego w tej materii należy spodziewać się po BSG? Fantastycznych, wyrazistych i oryginalnych postaci bohaterów. Edward James Olmos odwala kawał niewiarygodnie dobrej roboty, grając komandora/admirała Adamę, doświadczonego dowódcę, który na sam koniec mniej lub bardziej chwalebnej kariery musi stanąć przed wyzwaniem ochrony resztek gatunku ludzkiego.  Michael Hogan gra jego zastępcę, pułkownika Saula Tigh; postać, którą albo się wielbi, albo nienawidzi. Sfrustrowany alkoholik, ale jednocześnie efektywna prawa ręka Adamy i jego najwierniejszy przyjaciel; w ciągu 4 sezonów zdołałem przejść przez całe spektrum odczuć wobec tej postaci, od szczerej niechęci do podziwu. Cytując anonimowe źródło (mojego kuzyna), Saul Tigh ma jaja większe od 4 battlestarów. Zgadzam się z tą opinią, chociaż rzeczonych jaj nie widzieliśmy. Jest też prezydent kolonii, Laura Roslin, grana przez Mary McDonnell, sekretarz edukacji awansowana na najwyższą posadę w wyniku wybicia całego rządu w ataku Cylonów. Jak to bywa w BSG, postać niejednoznaczna, kombinacja miłej przedszkolanki z samym Niccolo Machiavellim. Ostatni z najciekawszych bohaterów to Gaius Baltar, grany przez Jamesa Callaisa, genialny naukowiec z bardzo zagmatwaną i nieprzyjemną przeszłością. Nieprzyjemną dla ludzi, ma się rozumieć. To oczywiście nie wszyscy – wypada chociaż wspomnieć o pilotach myśliwców, w tym o Apollo i Starbuck – ale nie powinienem się tak rozwijać. Obejrzyjcie sami.

Przeciwieństwa do odrysowanych od linjki postaci z seriali Star Trek aż biją po oczach. Główni bohaterowie to ludzie, którym nikt normalny nie powinien zaufać (alkoholik? kurwiarz? puszczalska baba? siostra Machiavelliego? terrorysta i buntownik?), a jednak różne sytuacje wymuszają na nich wzięcie odpowiedzialności za cały rodzaj ludzki. Niejednoznaczność jednak idzie znacznie dalej, bowiem odnosi się nie tylko do postaci, ale również do fabuły. Już w pierwszym odcinku serialu Apollo staje przed wyborem: zestrzelić statek z 1000 ludzi na pokładzie i być może uratować flotę, albo przepuścić statek i w konsekwencji dopuścić do możliwego zniszczenia ludzkości. To mocne odcięcie się od cukru utożsamianego z heroicznym i epickim SF i bardzo dobry zabieg; nigdy w sumie nie dowiadujemy się, czy Apollo rzeczywiście zabił tych ludzi, czy też może statek był już jednak pusty. Uczciwie jednak przyznaję, że podobne wątki pojawiały się w Star Treku, ale w sumie tylko w jednym serialu, w Deep Space 9. To pewnie ze względu na jego odmienność wobec reszty trekowej cukrowni DS9 uważany jest za najlepszy serial z uniwersum Star Treka.

Czas na wesołą grę. Policzcie sobie, ile razy w ciągu wszystkich 7 sezonów Voyagera kapitan Janeway wydaje rozkaz evasive manouvers (zawsze tym samym tonem rozmowy o ogórkach kiszonych). Następnie wypijcie tyle kieliszków wódki, a potem wyślijcie mi pozdrowienia z detoksu. Potwornie wtórne te walki, co? Pomyślcie też, jaki sens ma konstruowanie statków z mostkiem/punktem dowodzenia na samej górze statku, w odsłoniętym miejscu, skoro gdy padną osłony, wystarczy rzucić tam kamieniem, by skutecznie wyeliminować dowództwo statku z gry. Nie wiedzieć czemu, nie przeszkadza to nikomu w Star Treku (z pamięci jestem w stanie wymienić JEDEN przykład, gdy wrogowie strzelają bezpośrednio w mostek, było to w alternatywnej przyszłości w Enterprise; ale głupi ci Rzymianie). Można też mieć wątpliwości co do konstrukcji niektórych statków, szczególnie klingońskich i federacyjnych; jaki jest sens tworzenia statku z dwóch części połączonych wąską “szyją”, skoro wystarczy łupnąć w szyję, by statek rozpadł się na dwie części? I znowu, z pamięci jestem w stanie podać tylko jeden przykład zastosowania takiej strategii (zniszczenie USS Odyssey w Deep Space 9; jeszcze głupsi ci Rzymianie). Oczywiście były też przykłady dobrych, dynamicznych bitew z mniej lub bardziej logiczną strategią, znowu w DS9 – bitwa o Kardassję, albo obydwie bitwy w systemie Chin’toka, a także walki w filmach (bitwa o Sektor 001 z First Contact była chyba szczególnie sympatyczna dla oczu). Raziło też to, że w większości przypadków były to po prostu starcia dużych statków, bez udziału myśliwców (zagadka, który serial był wyjątkiem…?).

Jak łatwo się domyślić, walki w BSG są zupełnie inne, bliższe Gwiezdnym Wojnom i, przynajmniej moim zdaniem, o wiele logiczniejsze. Zarówno gwiazdy bojowe, jak i cylońskie basestars (gwiazdy bazowe), pełnią rolę lotniskowców i pancerników kieszonkowych, obwieszonych uzbrojeniem i wspomagających myśliwce ogniem. To zwarte konstrukcje (piszę teraz o gwiazdach bojowych, statki cylońskie też na upartego mają dosyć dziwną konstrukcję), dysponujące dwoma hangarami i pokładami startowymi na burtach, a także bateriami uzbrojenia kinetycznego i rakietowego przeciwko innym wrogim okrętom. Równie ważne są jednak same myśliwce, których przeważająca ilość może obezwładnić battlestara (przykład: Atlantia w Razor), a także zwiększają możliwości ofensywne i defensywne floty. Bitwy w BSG są też o wiele bardziej pomysłowe – bitwa o Nową Caprikę i manewr Galactiki to dla mnie bezapelacyjny szczyt zajebistości w historii bitew w sciece fiction evar – a także o wiele bardziej dynamiczne.

Ostatnim ważnym punktem porównania jest dla mnie wróg, a raczej wrogowie głównych bohaterów seriali. Tutaj porównywanie może być o tyle trudne, że ludzkość w BSG zmaga się z tylko jednym wrogiem, natomiast Federacja ze Star Treka ma ich pęczki. Rasy w Treku są jednak jednym z najmocniejszych punktów seriali, zarówno te wrogie, jak i przyjazne stanowią bogaty i szeroki przekrój wszelkich wyobrażeń dotyczących kosmitów. Razić może co najwyżej to, że praktycznie wszyscy kosmici to humanoidy (wyjątki można policzyć na palcach obu dłoni), no i po jakimś czasie scenarzystom zaczęły się kończyć pomysły odnośnie wyglądu kosmitów – mam na myśli to, że jedyna różnica między Iksjanami i Igrekianami to najczęściej inny kształt nosa albo zgrubienie na uszach, lub coś równie istotnego. Jest jednak masa świetnych i pomysłowych ras w Gwiezdnej Włóczędze, a bezapelacyjne najlepszą jest kolektyw Borg. Zimny, boleśnie logiczny i skoncentrowany tylko na dążeniu do jednego celu, śmiertelnie groźny, a do tego jednolity i na swój sposób perfekcyjnie totalitarny. Gdybym miał porównać Cylonów do jakiejkolwiek rasy z Treka, byliby to właśnie Borg, chociaż wiem, że porównanie to jest potwornie naciągane, a różnic jest więcej, niż podobieństw;  jednak i tu, i tu mamy do czynienia z zimnym, opanowanym i wyrachowanym wrogiem w zdecydowanej większości pozbawionym indywidualności, zaprogramowanym tylko do wykonywania określonych zadań. Cyloni w BSG nie są jednak tak jednolici; właśnie te pęknięcia w jedności rasy będą stanowić ważny punkt w fabule serialu.

Rzeczy związanych stricte z budżetem i  czasami, w których seriale powstawały (mam na myśli głównie efekty specjalne) nie będę porównywał, bo byłoby to porównywanie arbuzów z borówkami amerykańskimi.

Podsumowując, BSG to moim zdaniem najlepsza saga science fiction, jaka do tej pory powstała i ciężko będzie ją przebić (stanowiąca jej prequel Caprica jest zupełnie inna i porównanie byłoby nie na miejscu). Seriale i filmy Star Trek (z wyjątkiem ostatniego!) mogą co najwyżej stanowić pewnego rodzaju ciekawostkę i źródło sentymentu, a także dobry komentarz do czasów, w których powstawały. Jest dla tego uniwersum nadzieja – z projekcji ostatniego Star Treka J.J. Abramsa wyszedłem z wielkim uśmiechem na mojej szkaradnej twarzy i mam nadzieję na więcej. Jednak na razie dla wszystkich, którzy jeszcze nie widzieli, Battlestar Galactica to pozycja obowiązowa. So say we all!

PS. Tak, wiem, nie mam życia.


gru 16 2008

Zapałki powodem podpaleń

Tym razem coś do pomyślenia. Ja sam skomentuję temat nieco później.

To zdumiewające, w co muszą wierzyć ludzie, by twierdzić, że restrykcje w prawie do posiadanie broni są skuteczne:

Że włamywacz zabije cię w pół sekundy od wyciągnięcia broni z kabury – ale nie skrzywdzi cię, gdy będziesz wykręcał 997, rozmawiał z dyspozytorem i czekał pół godziny na policję.

Że restrykcje w posiadaniu broni są skuteczne – dlatego nie ma nielegalnej broni w Północnej Irlandii czy Bejrucie.

Że właściwą odpowiedzią na atak jest wezwanie policji – ale tylko nieuzbrojonej policji, bo “Przemoc do niczego nie prowadzi”.

Że porywacz z łatwoscią odbierze bron pilotowi – ale setka pasażerów na pokładzie nie będzie w stanie odebrać broni porywaczowi.

Że jeśli broń byłaby na pokładzie American Airlines Flight 11, to komuś mogłaby się stać krzywda.

Że gwałciciele wolą atakować uzbrojone kobiety, żeby odebrać im broń i użyć jej przeciwko nim.

Że 1 wlaściciel broni palnej na 10.000 bedzie stosował przemoc w swoim życiu – i to jest dużo bardziej przerażające niz 25% kierowców którzy spowodują poważny wypadek.

Że powinieneś polegać na policji bardziej, niż na swojej broni – tak jak powinieneś polegać na dentyście bardziej, niż na swojej szczoteczce do zębów.

Że klucze, parasolka czy lakier do włosów sa dobrymi narzędziami do samoobrony – pomimo faktu, że policja ciągle nosi broń.

Że miasto Waszyngton ma niski współczynnik zabójstw na poziomie 80,6 na 100.000 mieszkańców tylko dzięki ścisłemu ograniczeniu posiadania broni – ale w Wirginii wysoki wskaźnik zabójstw 1,6 na 100.000 jest spowodowany swobodnym dostępem do broni.

Że człowiek może mieć depresje i zaburzenia nerwowe, więc na wszelki wypadek nie powienien posiadać broni wystrzeliwującej pociski z energią 350J – ale nie jest to powód, by zakazać mu posiadania 2 tonowego samochodu mającego 1.500.000J energii.

Że NASA, armia, fizjolodzy i trenerzy sa zgodni, a wyniki na olimpiadach potwierdzają, że przeciętnie mężczyzna ma więcej siły niż kobieta – ale kobieta powinna próbować bronić się walcząc gołymi rękami, a nie za pomocą broni.

Że policja nadjeżdżająca z prędkością 130 km/h jest lepszą metodą zatrzymania przestepców niz kula nadciągająca z prędkością 1.300 km/h.

Że ludzie kupują broń jako “substytut penisa”, ponieważ tylko ludzie z małymi penisami są atakowani przez przestępców.

Że rodzinom z dziećmi nie powinno się pozwolić posiadać broni dla ich bezpieczenstwa – tak jak nie powinno się im pozwolić posiadać psów, urządzeń elektrycznych czy substancji trujacych.

Że niewłaściwą argumentacją jest to że terroryści atakujący World Trade Center nie potrzebowali broni by porwać samolot – ale właściwa jest ta, iż w Magdalence bandyci mieli broń… nielegalną.

Że kiedy ktoś umarł, ponieważ nie mógł otrzymać opieki medycznej której państwo mu nie zapewniło, to tragedia – ale kiedy ktoś umarł ponieważ nie mógł się obronić za pomocą pistoletu którego państwo mu nie pozwoliło posiadać, to tylko życie.

Że kryminaliści są w jakiś sposób większym zagrożeniem dla gliniarza niż dla zwykłej osoby – więc policja potrzebuje broni a zwykły obywatel nie.

Że “zasadnym” zastosowaniem dla broni jest polowanie i strzelectwo sportowe, ale nie samoobrona. Innymi słowy, jest akceptowane, by użyć ich jako zabawek, ale nie jako urządzeń do obrony życia.

Że jest moralny obowiązek by zapobiec przestępstwu – i że powinno to zostać dokonane poprzez okrzyk “Stój ! Albo znów krzyknę ‘Stój’ !”, a nie poprzez wyciągnięcie broni.

Że inteligentni ludzie powinni popierać zakaz posiadania broni ponieważ zdają sobie sprawę, iż są zbyt głupi, by można im było zaufać i dać broń.

Że broń jest substytutem penisa, więc w przypadku ataku bandyty należy wyciągnąć…

Że bron jest symbolem penisa… co to ma do obrony czyjegoś życia, nie mam pojęcia. To po prostu służy jako dowód tego, iż popierający zakaz posiadania broni mają Freudowskie odchyły – które powinni zaadresować do SIEBIE.

Że słuszne są wysokie opłaty za pozwolenie na broń – ale posiadanie broni jest niewłaściwe.

Że prawny zakaz posiadania broni spowoduje że ludzie nie będą tego robić – tak jak ograniczenie prędkości do 50 km/h spowoduje, że nikt nie będzie jeździł szybciej.

Że powinniśmy walczyć z problemem przestępstw popełnianych z nielegalnie posiadanej broni poprzez zabranie uczciwym ludziom legalnie posiadanej broni.

Że powinniśmy zakazać posiadania broni – jeśli to uratuje choćby jedno życie, jest tego warte, i powinniśmy zakazać urządzeń elektrycznych – jeśli to uratuje choćby jedno życie, jest tego warte, i powinniśmy zakazać samochodów – jeśli to uratuje choćby jedno życie, jest tego warte, i powinniśmy zakazać niezdrowej żywności – jeśli to uratuje choćby jedno życie, jest tego warte, i powinniśmy zakazać…

Że im bardziej jesteś bezbronny, tym jesteś bezpieczniejszy.

Że jeśli policja nie nadjedzie na czas by uratować cie przed bandytą, to normalne – ale nie jest dopuszczalne pół godziny czekania, aż do stłuczki przyjedzie radiowóz.

Że “Miami Vice” i “Brudny Harry” sa filmami dokumentalnymi.

Że intruz będzie obezwładniony przez gaz łzawiący czy pieprzowy, ale postrzelony z .357 Magnum wpadnie we wścieklość i cię zabije.

Że zwykli ludzie po wręczeniu im broni staną się krwiożerczymi rzeźnikami, ale wrócą do normalności jak im sie broń odbierze.

Że ktos kto zapomniał rozładować czyszcząc broń, zapomniał skierować broń w bezpieczną stronę, nacisnął spust zapominając sprawdzić komorę nabojową i odstrzelił sobie stopę jest przykładem jak nawet “wyszkolony profesjonalista” może być “ofiarą” diabolicznej broni – ale ludzie w wojsku którzy czyszczą broń tysiące razy w przeciągu lat slużby bez wypadku są “tępymi trepami”.

Że “Newsweek” jest pelne fachowych artykułów o broni – tak jak “Strzał” ma wspaniałe artykuły na temat chirurgii serca.

Że powinno konsultować się z mechanikiem samochodowym w sprawie hamulców, elektrykiem w sprawie przebić prądu, neurochirurgiem w sprawie paraliżu – ale i posłem Dziewulskim w sprawie broni palnej.

Że “prawo ludzi do życia w pokoju”, “prawo ludzi do nienaruszalnosci miru domowego”, “prawo jednego człowieka nie może ograniczać praw innych ludzi” dotyczy obywateli, ale “prawo do obrony życia, zdrowia i mienia” dotyczy państwa.

Że kobieta w miniówce, wyperfumowana i z ostrym makijażem, bez bielizny, jest bezbronna ofiarą – ale ktoś, komu płacą 5 zł/godz. za przewożenie pieniędzy ze sklepu do banku “prosi się o to”. I nie można pozwolić im nosić broni.

Że kazdy polityk może bez problemu otrzymać od Policji zgodę na posiadanie broni, i jest to uzasadnione, tak samo jak prawo zabraniające obywatelowi posiadania broni, nawet gdy ktoś dostal 50 listów z pogróżkami i ma sklep jubilerski. I nie jest to oznaka państwa policyjnego.

Że wolność słowa daje prawo do rozgłaszania swoich pogladów w radiu, telewizji, prasie, internecie – ale prawo do obrony uznaje tylko gołe ręce.

Że 45 kilogramowa kobieta zaatakowana przez 90 kilogramowego gwałciciela i jego 90 kilogramowego pomocnika ma “prawo” by zabić ich w obronie własnej – pod warunkiem ze użyje gołych rąk.

Że przestępca odbierze ci broń i użyje je przeciwko tobie – więc konsekwentnie najlepszą rzeczą jaką można zrobić, gdy stoi się przed lufą jest zabranie kryminaliście broni i użycie jej przeciwko niemu.

Że nie można ludziom dać broni, ponieważ jakiś wariat może zacząć strzelać do ludzi na ulicy – ale każdy kto chce posiadać broń ze strachu przed takimi szaleńcami jest paranoikiem.

Że uczenie ludzi poslugiwać się bronią jest nauką zabijania – ale uczenie poborowych posługiwania się bronią jest wypełnianiem obywatelskiego obowiązku.

Że współczynnik przestępstw obniża się z powodu restrykcji w posiadaniu broni – ale wzrost współczynnika przestępstw wymaga większych restrykcji.

Że zakaz posiadania broni pod zaborami lub okupacją był jednym z czynników zniewolenia – ale zakaz posiadania broni w III Rzeczpospolitej jest jednym z czynnikow mających na celu obronę wolnych obywateli.

Że statystyka pokazująca wysoki wskaźnik morderstw usprawiedliwia zakaz posiadania broni – ale statystyka pokazująca wzrost wskaźnika morderstw po ograniczeniu prawa do posiadania broni to “tylko statystyka”.

Że broń jest nieskutecznym narzędziem samoobrony w rękach wyszkolonego obywatela – ale w nieumiejętnych rękach bandyty jest zagrożeniem dla społeczeństwa.

Że broń jest tak skomplikowana, że użycie jej wymaga specjalnego treningu – ale jest tak prosta że z łatwością można jej użyć do morderstwa.

Że broń powiązana jest z wysokim wskaźnikiem śmiertelności i powinna być zakazana – ale papierosy i alkohol sa OK.

Że broń prowokuje przestępstwa – dlatego nigdy nie było masowej rzeźni na targach broni.

Że broń prowokuje przestępstwa – tak jak zapałki prowokują podpalenia.

Że broń jest przyczyną przestępstw – tak jak kobiety sa przyczyną prostytucji.

Że broń jest przyczyną przestępstw – tak jak mężczyzna jest przyczyną gwałtu.

Że broń nie jest potrzebna dla bezpieczenstwa narodowego – dlatego armia ma jej kilkaset tysięcy sztuk.

Że restrykcje sa skuteczne – dlatego policja ma Kałasznikowy i Glauberyty przeciwko uzbrojonym przestępcom.

Że pistolet z 4 przełącznikami i dźwigniami jest zbyt skomplikowany, by nauczyć młodych ludzi się nim posługiwać – w przeciwieństwie do samochodu, który ma ich ze 20.

Że broń krótka jest użyteczna tylko do zabójstw – dlatego policja i wojsko definiuje ją jako broń boczną.

Że większość narodu popiera restrykcje – tak jak większość narodu popierała komunizm.

Że jest bezpieczniej jak nie ma broni – dlatego Policja ma karabinki szturmowe na wyposażeniu.

Że większości ludzi nie można ufać, dlatego powinniśmy mieć prawo zabraniające posiadania broni – którego większość ludzi będzie przestrzegać, bo można im ufać.

Że kobieta zgwałcona i z opuszczonymi majtkami stoi moralnie wyżej niz kobieta z dymiącym rewolwerem i martwym gwałcicielem u stóp.

Że broń powinna być zakazana z powodu zagrożenia które niesie, ale informowanie mafii przez polityków, co może skończyć się śmiercią policjantów to akt który NIE MOŻE być porównywalny.

Że ludzie którzy posiadają broń ze strachu przed przestępcami sa paranoikami – ale ludzie którzy nie chcą by inni mieli broń ze strachu że popełnią oni przestępstwo sa racjonalni.

Że powszechny dostęp do broni w USA powoduje wysoki wskaźnik przestępstw z jej użyciem – nawet jeśli w restrykcyjnej Japonii jest on trzy razy wyższy.

Że nie ma moralnej akceptacji użycia broni – ale alkoholu jest, dlatego policjanci noszą broń zamiast piwa.

Że policjanci i żołnierze są elitą społeczeństwa, wyznaczoną do wykonania specyficznej pracy, do której są perfekcyjnie predysponowani dzięki wysokim standardom moralnym i błyskotliwemu intelektowi, mogą więc używać tych skomplikowanych narzędzi i być naszymi strażnikami.

Że jest akceptowalne by uzbroić ochroniarza zarabiającego 5 zl/godz. by zastrzelił przestępców okradających bank – ale nieakceptowalne jest, by biznesmen z wyższym wykształceniem zrobił to sam.

Że wymaganie wstrzemięźliwości zamiast używania prezerwatywy jest skazane na porażkę – ale zakazanie posiadania broni zamiast nauki bezpiecznego jej używania to jedyna skuteczna metoda.

Że broń jest ogromnym zagrożeniem dla społeczeństwa – ponieważ 150.000 posiadaczy broni nie popełniło wczoraj przestępstwa.

Że strażnik bankowy może chronić pieniądze z bronią – ale ty nie możesz tak chronic swoich dzieci.

Że nisko opłacany, przepracowany ochroniarz będzie szczęśliwy broniąc cię przed bandytami.

Że twoje bezpieczenstwo jest w rękach rządu – ale rząd nie ma prawa mówić ci jak masz żyć.

Że ktoś zacznie strzelać do dzieci przed szkolą – a nie że zostanie przejechany przez nabuzowanego hormonami nastolatka.

Że “To mi się nie przytrafi.”

Że “Tutaj nic się nie stanie.”

Że broń nie jest skutecznym narzędziem samoobrony – dlatego policja ją nosi.

Że zamki i kluczyki do blokowania broni czynią broń bezpieczniejszą – dlatego policja i wojsko odmawia ich stosowania.

Że powodując utrudnienia w uzyskaniu koncesji na handel bronia zredukuje się liczbę handlarzy nielegalną bronią.

Że bezpieczniej jest nic nie robić niż stawiać opór z bronią w ręce – dlatego tak wiele zwycięstw odniesiono nie walcząc.

Że posiadanie broni do obrony osobistej wskazuje na chęć zabijania – tak jak posiadanie apteczki w samochodzie wskazuje na chęć powodowania wypadkow.

Że sugestia by nauczyciele byli uzbrojeni jest czymś straszliwym w “cywilizowanym” spoleczeństwie – dlatego w Szwecji i Izraelu jest to dopuszczalne.

Że wypadki z bronią są wystarcząjacym powodem by jej zakazać – dlatego nikt nie chce zakazać basenów, samochodów, czy nawet przedmiotów służących do ratowania życia.

Że ludzie którzy za 120.000 zł budują nielegalne, skomplikowane laboratoria do produkcji narkotyków nie będą budować nielegalnych prostych sklepów i warsztatów z bronią za 40.000 zł.

Że ludzie z dużą kolekcją broni są niebezpieczni – szczególnie jeśli mają więcej niż dwie ręce, z których mogliby strzelać.

Że strzelanie do intruza, który wyważył twoje drzwi i wszedł z nożem w ręku jest w jakiś sposób “eskalacją przemocy”.

Że jest bezpieczniej, jak jest mniej broni – dlatego strzelaniny zdarzają się w szkołach a nie na targach broni.

Że bron palna prowokuje przestępstwa – dlatego w Średniowieczu pewnikiem nie było gwałtów i zabójstw.

Że tworzenie przestępstw związanych z bronią poprzez stworzenie drakońskiego prawa nie jest problemem – i usprawiedliwia tworzenie większej ilości paragrafów by stworzyć więcej przestępstw.

Że posiadacze broni są zagrożeniem przez samo swoje istnienie, które musi być usunięte za wszelką cenę i ich prawa sa nieistotne – ale bandyci którzy atakują nas na ulicach, przeciwko którym właściciele broni chcą być uzbrojeni, są po prostu nieistotnym problemem do rozwiązania.

Że powinno się ukarać wszystkich posiadaczy broni za kilku kryminalistów, tak jak powinno się ukarać wszystkich Cyganów za kilka kradzieży na przedmieściu.

Że to tragedia, kiedy dziecko zginie w wypadku z bronią, i musimy przeforsować restrykcyjne prawo by temu zapobiec, ale dziecko otrute przez trzymane w domu chemikalia to po prostu nieunikniony wypadek.

Że nie potrzebujesz broni, tak jak nikt nie potrzebuje, i masz prawo wymusić tę wiarę na innych.

Że glupota może byc leczona prawodawstwem.

Że społeczeństwo z mniejszą ilością broni ma mniej zabójstw z użyciem broni, tak jak społeczeństwo z mniejszą ilością samochodów ma mniej wypadków drogowych. Bo to jest oczywiście analogiczne.

Że kryminalista. który rabuje by zaspokoić swój głód narkotyczny, może wydać tysiąc złotych na broń.

Że ponieważ bron palna nie jest 100% skuteczna do obrony osobistej, powinieneś się jej pozbyć, razem ze swoją apteczką i gaśnicą, gdyż one także nie są 100% skuteczne.

Że “bezpieczna broń” pomoże zmniejszyć liczbę przestępstw z użyciem broni – tak jak “bezpieczny sex” świetnie zmniejsza ilość gwałtów.

Że policjant z naganami w aktach i służbowym Kałasznikowem jest godny zaufania, ale religijna matka z mandatem za złe parkowanie jako największym przestepstwem jest niezdolna do użycia pistoletu w obronie swoich dzieci.

Że samobójca który użył broni byłby ciągle żywy gdyby użył noża lub sznura.

Że ktoś kto się zastrzelił jest takim problemem dla nas, że powinniśmy oddać naszą broń.

Że alkohol jest akceptowany w domu, tak długo jak się nie siada za kierownicą, ale zwykłe posiadanie broni jest zagrożeniem dla innych.

Że przestępcy lepiej strzelają niż obywatele, ponieważ cały czas spędzają na strzelnicy.

Że ponieważ przestępcy lepiej strzelają wg powyższej logiki, bezpieczniej będzie nie odpowiadać ogniem tylko po prostu czekać, aż im sie skończy amunicja.

Że to rozsądne – twierdzić, iż wypadek byłby śmiertelny, jeśli ofiara nie zapięłaby pasów bezpieczeństwa – rozsądne jest tez twierdzić że uzbrojony obywatel byłby bezpieczny, jakby nie miał broni.

Że jeden śmiertelny przypadek to za dużo – ale dziesiątki ludzi umierających ponieważ nie mają prawa do samoobrony jest nie do uniknięcia i nie jest warte uwagi.

Że powinniśmy zakazać posiadania broni, ponieważ ludzie mają “prawo czuć się bezpiecznie” – ale prawo by czuć się bezpiecznie poprzez fakt posiadania broni palnej w celu obrony osobistej nie jest wystarczające.

Że polityka “zero tolerancji” jest zła jeśli chodzi o narkotyki – ale jest dobra jesli chodzi o broń.

Że sztuki walki sa lepszą forma samoobrony i można pokonać uzbrojonego napastnika – ale ciągle musimy zakazywać broni z powodu zagrożenia jakie prezentuje dla tych kilku ludzi, którzy nie znają karate.

Że osiemnastolatek może obsługiwać karabin maszynowy i zginąć w Iraku czy Afganistanie, prawdopodobnie zostajac bohaterem – ale 18-latek który spróbuje użyć broni by bronić swojej rodziny pójdzie do więzienia.

Że tych niewielu ludzi, którzy nie mogą użyć sztuki walki lub innej nie śmiertelnej metody samoobrony – dzieci, starcy, niepełnosprawni, słabi, mali, w ciąży – są po prostu niezbędną ofiarą, jaką musimy złożyć kryminalistom, by uniknąć ryzyka pozwolenia ludziom na noszenie broni.

Że ryzyko związane z bronią palną przeważa nad jej rekraacyjnym użyciem – w przeciwienstwie do alkoholu i motocykli.

Że pozbycie się broni zredukuje przemoc – dlatego wojsko powinno być uzbrojone w bukiety kwiatów.

Że po pogrzebie powinniśmy rodzinie ofiary powiedzieć, jakimi są szczęściarzami – ich bliska osoba została zabita przez pijanego kierowcę, a nie człowieka z bronią.

Że biednym ludziom, którzy żyją w rejonach wysokiej przestępczości i nie stać ich na alarmy i ochronę nie powinno się pozwolić posiadania broni.

Że poinformowanie mordercy, iż pójdzie do więzienia za noszenie broni spowoduje, że dwa razy pomyśli.

Że jedyną metoda, by skończyć z przestępstwami z użyciem broni jest zakazać jej – tak jak jedyną metodą na skończenie z błędami lekarskimi jest zakazać bycia lekarzem.

Że zabicie trzykrotnego mordercy by nie zostać czwartą ofiarą jest “eskalacją przemocy”.

Że broń jest przeznaczona tylko do zabijania – tak jak kobieta jest przeznaczona tylko do rodzenia dzieci.

Że tylko ludzie powyzej 21 lat mogą się bronić.

Że powinno się zakazać broni, ponieważ jej głównym przeznaczeniem jest zabijanie ludzi – ale nie powinniśmy zakazywać alkoholu, którego głównym przeznaczeniem jest zatruwanie organizmu i utrata kontroli nad sobą, często zwiekszając agresję i powodując przypadkowe zgony.

Że człowiek, który użyje przemocy za pomocą broni nigdy by tego nie zrobił mając nóż.

Że kobieta będąca gwałcona powinna odmówić pomocy od uzbrojonego nieznajomego i  zaczekać na policję.

Że osoba, która popełniła przestępstwo z użyciem broni nigdy nie powinna mieć prawa posiadania broni – tak jak każdy gwałciciel powinien być kastrowany przed wypuszczeniem z więzienia.

Że sędzia strzelecki PZSSu ma najbardziej niebezpieczną pracę na świecie, ponieważ każdy z kim ma do czynienia jest uzbrojony.

Że rząd może kontrolować posiadanie broni – tak jak kontroluje posiadanie narkotyków.

Że nietolerancja nie jest wartością – ale każdy właściciel broni jest bandziorem, alkoholikiem, świrem i impotentem.

Że broń która spokojnie leży w szufladzie i kosztuje złotówkę za nabój to zły pomysł na samoobronę – ale pies który wymaga spacerów, szkolenia, opieki weterynaryjnej, brudzi chodniki i trawniki i nie daje spokoju sąsiadom szczekaniem jest dobrym pomysłem na obronę domu.

Że najgorszą rzeczą, jaką można zrobić, gdy do domu wchodzi intruz, jest wyciągnięcie broni – najlepiej  nie spać i czekać aż sobie pójdzie, zwłaszcza jak gwałci twoją córkę bądź żonę.

Że policjant ma specjalne umysłowe, emocjonalne i fizyczne możliwości, które umożliwiają mu postępowanie z niewiarygodnie skomplikowaną bronią palną – i zwykły obywatel nie ma nawet szansy, by osiągnąć taki poziom kompetencji.


gru 13 2008

The Day All Went Tits

Tym razem nieco inaczej, pokuszę się bowiem o recenzję filmu. Filmu niebanalnej urody, bo z samym Keanu Reevsem. Tytuł jego – The Day Earth Stood Still, po polsku Dzień, w Którym Zatrzymała się Ziemia.

Krótka recenzja dla nieczytatych (wzorem kolegi Erq): unikać łukiem szerokim jak stąd na Marsa.

W centrum Nowego Jorku ląduje sobir UFO w kształcie wielkiej, świecącej kuli. Wyłazi z niego Mały Ludek (ML) i Duży Ludek (DL). ML zostaje niechcący przywitany w tradycyjny, ludzki sposób o kalibrze 5,56 mm, na co DL wywułuje u obserwujących lądowanie naukowców, policjantów i żołnierzy chwilowy atak migreny. Olewa jednak to, że ML-a ludzie zabierają w cholerę, staje przed kulą…i tak stoi.  ML – w formie szarego ludka – zostaje odwieziony do szpitala, przeistacza się w Keanu Reevsa i żąda spotkania z przywódcami świata w budynku ONZu. I wierzcie mi lub nie, to ta w miarę logiczna część filmu.

Wcześniej mamy oczywiście zapoznanie z główną bohaterką, panią doktor astrobiolog, Helen jakąśtam (w tej roli Jennifer Connelly, aktorka tak nijaka i sztuczna, że to aż ból). Nikt raczej się jednak nie będzie przejmował jej problemami w domu i użeraniem się z jej nieznośnym bachorem, bo każdy normalny rodzic wziąłby kij i przeklepał dzieciakowi tyłek.

Dzień, w Którym Zatrzymała się Ziemia to remake filmu o tym samym tytule z 1951 roku. Kosmita przybywa na naszą planetę, by (tradycyjnie) już oświadczyć nam, że rodzaj ludzki jest niszczycielski, zły, nie szanuje własnej planety i takie tam, i jego kumple z kosmosu dopiero nam pokażą. Brzmi odkrywczo, nieprawdaż?

I właśnie na tym polega największy problem filmu. TO WSZYSTKO JUŻ BYŁO. Kosmita oświadczający ziemianom, że są źli. Zdezorientowana mina lekkiego przygłupa w wykonaniu Keanu Reevsa. Nawoływanie do tego, by się zmienić. Niszczycielska technologia, w porównaniu z którą możemy sobie nagwizdać. Weźcie losowy film sf z lat 50-tych (i nie mówię tylko o pierwowzorze), Pojutrze, pierwszego Matrixa, odrobinę South Park (zaraz wyjaśnię, dlaczego), Wojnę Światów, trochę X-Men (super moce Neo, tzn. Reevsa) następnie wymieszajcie wszystko. Otrzymacie Dzień, w Którym Zatrzymała się Ziemia, kubek w kubek.

I nadal, film nie musi być wybitnie odkrywczy, żeby się go dobrze oglądało. Tu jednak mamy standardowy motyw żywcem rżnięty z Michaela Bay’a – filmowcy usiłowali zalać szmirę i brak logiki masą efektów specjalnych. I owszem, te są bardzo sympatyczne dla oka, ale o ile takie Transformersy sprawiały, że człowiek szukał własnej szczęki na podłodze, mimo cokolwiek nielogicznej fabuły, tutaj szmira mimo wszystko wychodzi na wierzch. Jennifer Connelly łkająca, że przecież możemy się zmienić, możemy, zmienimy się, naprawdę możemy się zmienić (podejrzewam, że Keanu Reevs na koniec zmienił zdanie tylko po to, żeby ona do cholery PRZESTAŁA) sprawiła, że w mojej głowie stanął widok rodem z filmu South Park – Saddam Hussein tańczący i śpiewający przed szatanem, że on też może się zmienić. I w obydwu przypadkach jest to równie śmieszne.

Film jest po prostu kiepski i nic tego nie ukryje. Nie opłaca się go oglądać dla jednego rodzynka (zobaczcie, kto gra profesora Barnhardta). Jeśli chcecie pożytecznie spędzić czas – nakrojcie cebuli i przyłóżcie ją do oczu. O wiele przyjemniejsze.


gru 11 2008

Bank Gumy do Żucia

czyli System Ciasta Cząstkowego, cz.2

Wartość sama w sobie, a raczej jej brak

Dlaczego system rezerw cząstkowych jest zły? I o co kurna biega z tym złotem?

Posiadam laptopa. Powiedzmy, że jako, iż w godzinach od 9 do 14 odczuwam potrzebę stania na głowie w parku, nie używam komputera w tym czasie. Jednak nie zmienia to faktu, że należy on do mnie,  został przeze mnie zakupiony i mam pełne prawo do robienia z nim wszystkiego, co mi się żywnie podoba (poza oczywiście krzywdzeniem innych).  Jeżeli więc losowy polityk o nazwisku Andrzej Trędowaty (kolejna postać stworzona na potrzeby bloga, wszelkie podobieństwa przypadkowe) wpadnie na genialny pomysł, żeby przymusić mnie prawnie do udostępniania mojego lapka w godzinach 9 – 14, dokona drastycznego gwałtu na moim prawie własności.

W systemie wolnorynkowym sytuacja taka dotyczy wszystkiego, kij z tym, czy chodzi o samochód, którym nikt nie jeździ, czy pieniądze, których nikt nie wydaje. Do czego dążę? Za chwilkę, najpierw o samych pieniądzach.

W trakcie ewolucji pieniądza ludzie przypisali jego rolę metalom szlachetnym i w tej formie jest on popularny nawet dzisiaj. Srebro, platyna, w małym stopniu pallad, a nade wszystko złoto – o ile niewiele osób zadowoliłaby zapłata w muszelkach, o tyle każdy uśmiechnąłby się na widok wypłaty w złocie. W sytuacji niestabilności na rynku ludzie pędem kupują złoto na potęgę, widząc w nim pewniejszą lokatę (stąd obecne ceny tego metalu). Jeżeli jednak komuś wygodniej używać muszelek albo gliny, jego broszka, co kraj, to obyczaj. Złoto jest tutaj raczej symbolem, żeby nie było, w końcu może kiedyś odkryjemy metodę uzyskiwania go w dużych ilościach w łatwy sposób, jak było z aluminium. Jednakże będę go używał w tekście dla wygody.

Większość ludu powinna pamiętać, jak powstały pierwsze banki. Kupiec albo inny bogaty człek nie chciał podróżować z wielkim kufrem złota, coby mu go nie podwędzili, więc szedł do banku (nazwa wzięła się od określenia na ławę, przy której dokonywano transakcji), deponował w nim złoto i dostawał na nie ładny papierek, na mocy którego można było je wydać – pierwszy banknot. To, że złoto było składowane w skarbcu pod kontrolą straży nie znaczyło jednak, że zmieniało właściciela – Giorgio Spaghetti czy jakiś inny Frank van der Skun nadal byli jego posiadaczami. Bankier nie mógł ot, tak nakupić sobie za nie snickersów, boby go powiesili za jajca na drzewie.

Teraz pomyślcie o panu Władku, któremu udzielono kredytu z Waszych pieniędzy.

Banknoty przybrały regularną formę, ale nadal były po prostu wyrażeniem leżącej sobie gdzieś sztabki czy tam monety i dowodem na zawarcie umowy depozytowej – w każdej chwili można było zabrać swoje złoto lub srebro i zakopać je za domem, jeśli ktoś miał taki kaprys. Pieniądz był emitowany przez prywatne banki, bo przecież nie robi to różnicy, kto wykopie złoto spod gleby i przetopi je na sztabki czy monety odpowiedniej czystości. Co więcej, jeśli jest to przesunięte w ręce prywatne, nie ma “centrali”, w której jakiś Kaczyński, Greenspan czy Bernake dyrygował by sobie walutą, jak tam komu u władzy pasuje.

Problem z kruszcami był jednak taki, że istniały. Andrzej Trędowaty nie może ot, tak sobie nadrukować pieniędzy, bo nie jest alchemikiem, a banknoty powinny być przeca “podparte” złotem lub muszelkami. Zaczęto majstrować przy prawie własności poprzez system rezerwy cząstkowej, zarówno w przypadku władzy, jak i nieuczciwych bankierów (radzę poczytać o Bank of England, który 2 lata po powstaniu nadrukował 20 razy więcej banknotów, niż był w stanie pokryć złotem). Istnieje rynkowy mechanizm regulacyjny takiej sytuacji, nawet dzisiaj – wspomniany już run na banki, który eliminuje nieuczciwców. Istnieje oczywiście tak długo, jak Andrzej Trędowaty bolszewicko nie zabroni wycofywania własnych pieniędzy z konta. Koniec końców, państwa najpierw doszły do momentu istnienia banków centralnych, które jako jedyne mogły sobie wesoło sterować polityką monetarną, jak im się żywnie podobało, a następnie odeszły od standardu złota, bo ciężko było drukować pieniądze bez skrępowania. W chwili obecnej dwudziestozłotówka (teoretycznie) wyraża wartość niepokrytą jednak w jego wartości materialnej. Czyli warty jest na dobrą sprawę tyle, ile papier, na którym go wydrukowano, a można go przeca drukować na potęgę, jak państwom wygodnie, powodując hiperinflację itp. Ufamy papierkowi z Bolkiem Chrobrym.

Obecny system bankowy i finansowy zbudowany jest więcj na zaufaniu. Dlaczego banki trzymają w namacalnej formie tylko część tego, co podobno mają na kontach? Bowiem ludzie ufają, że mogą wycofać kasę w każdym momencie, a banki ufają, że wszyscy nie zrobią tego w jednym momencie, bo inaczej będzie klops i run na bank. Mamy więc konstrukcję, w której ludzie po prostu wierzą w to, że mogą wycofać swoją kasę w każdej sytuacji (zamiast o tym wiedzieć), banki wierzą i ufają w to, że ludzie nagle nie dostaną ataku paniki (bo nigdy się to przeca nie stało), a wszystko to oparte jest o papierek podparty gumą do żucia w sklepie.

Cóż mogłoby się spierdzielić? :D

Stąd się biorą pieniądze! :)


gru 9 2008

System ciasta cząstkowego, cz.1

Fizyka? Coś tam słyszałem

Proponuję bardzo proste ćwiczenie. Weźmy ciastko i połóżmy je przed sobą. Teraz ułammy sobie kawałek i zjedzmy go. Mamy już tylko część ciastka, widać ubytek, można włożyć weń paluch itp. Zjedzmy resztę ciastka. I co? Ciastko zniknęło, można albo je mieć, albo je skonsumować.

Teraz pójdźmy do banku i zdeponujmy w nim jakąś sumę pieniędzy, dajmy na to 200 złotych.  Pieniądze trafiają na nasze konto – widzimy to na wyciągu lub na ekranie bankomatu – i banknoty zostają umieszczone w kasie/skarbcu. Następnie bank, w ramach panującej mody, udziela za pomocą tych banknotów pożyczki na zakup domu panu Władkowi. Teoretycznie pieniądze trafiły już do kogoś, ale gdy ponownie dostaniemy wyciąg z banku, nasze dwie stówy nadal będą się znajdować na koncie. Tak oto współczesne banki zaprzeczyły prawom fizyki.

Przedstawiciele najbardziej skrajnych nurtów liberalizmu gospodarczego (w tym moja skromna osoba), monetaryzmu i szkoły austriackiej,  na samą myśl o rzeczonym cudzie dostają ataku piany na pyskach, jako, że jest to drastyczne złamanie prawa własności i jakiejkolwiek logiki finansowej. Nie po to deponuję moje złoto/papiery w banku, by ten rozdał je panu Władkowi bez nawet sprawdzenia jego zdolności do wzięcia kredytu. A jeśli już wyrażam na to zgodę, to sorry, nie powinienem mieć do nich dostępu, skoro przekazano je komuś innemu. Nie można mieć ciastka i zjeść go jednocześnie.

Na potrzeby bloga powstał nowy bank, Bank Gumy do Żucia. Nazwę wyjaśnię przy okazji.

Cud taki, znany jako system rezerwy cząstkowej, jest efektem kreatywnej księgowości banków i rządów na przestrzeni wieków.  Banki po prostu nie mają obowiązku trzymania stuprocentowych rezerw tego, co podobno mają powpisywane w księgach finansowych. Skutki takiej działalności bywają bardzo kolorowe i znane są pod hasłem “Run na banki”. Polega to na tym, że Kowalski zdaje sobie sprawę ze smrodu dookoła BGŻ (za dużo pożyczek, długi, niegdyś emisja pieniędzy bez pokrycia, słowem – różne przewały) i rusza pędem wycofać swoje pieniądze. Iksiński zauważa Kowalskiego pędzącego do BGŻ i również rusza po swoje. Igrekowski widzi powyższych pędzących do banku, jego widzi kto inny i sru, mamy efekt domina. Pół biedy, gdyby istniał obowiązek trzymania stuprocentowych rezerw, ale tak nie jest. Jak łatwo się domyślić, nie dla wszystkich starczy, po jakimś czasie mamy więc plajtę i bankructwo. A przynajmniej powinniśmy.

Łubu ZDuBU, łubu ZDuBU

Obecnie można bowiem zaobserwować, szczególnie w USA, państwową doktrynę ZDuBU – Zbyt Duży, By Upaść. Banki inwestycyjne, które (między innymi, bo winnych jest masa) doprowadziły do obecnego kryzysu finansowego, zamiast po prostu upaść, są “ratowane” przez FED (System Rezerwy Federalnej USA, quasi-bank centralny Stanów Zjednoczonych).  Ratowane oczywiście z wydrukowanych na poczekaniu pieniędzy oraz publicznej kiesy. Najkrócej rzecz biorąc, za nieudacznictwo bandy cwaniaków płacą teraz wszyscy obywatele, oczywiście za cenę zwiększenia długu publicznego. FED jest już m.in. największym lombardem i funduszem hedgingowym na świecie, a kolejne ambitne plany ratowania tego czy tamtego popychają USA na skraj bankructwa. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że kolejne plany guzik dają. Pierwsze 700 miliardów (a to miało odblokować akcję kredytową, jako, że gospodarka USA jest w ogromnej części oparta o kredyt) rozeszło się po kościach bez większego echa, idzie więc następny (ktoś coś przebąkiwał o 800 miliardach). Do tego możliwość dorobienia się na kasie obywateli wyczuły firmy samochodowe, podobno w fatalnej sytuacji.  Mamy więc fatalistyczne prognozy, w ramach których General Motors bez państwowej kasy rozpadnie się w nicość. Dosłownie. Innego wytłumaczenia tego, jak po bankructwie firmy wszystkie zakłady itp. nie mogłyby zostać przejęte przez kogoś innego, nie widzę. Bankructwo jest przecież normalną procedurą rynkową, jeśli upadnie sklep mojej mamy, rząd nie ruszy pędem, by go wykupić i uratować. Radzę przeczytać (tu) o tym, jak niegdyś Ford wygrzebał się z podobnych problemów.

Obecny system finansowy pierdutnie kiedyś z hukiem, choćby pan Paulson i pan Bernake (albo ich następcy) stanęli na głowie. Jak każdy socjalizm po prostu nie ma prawa działać. Na koniec (tylko na dzisiaj) chciałbym zacytować Hugo Chaveza, socjalistę pierwszej wody:

Ile razy mnie krytykowali za znacjonalizowanie firmy telefonicznej. Mówią ‘Państwo nie powinno się w to włączać’. Ale teraz nie krytykują Busha za nacjonalizowanie… największych banków na świecie. Towarzyszu Bush, jak się macie?

Liberalizm my ass.


gru 4 2008

Mali Agenci

No i Blogaseq: Reaktywacja.

(Nie będzie mowy tłumaczącej, dlaczego zapomniałem o tym zapomnianym miejscu na skraju netu na jakieś pół roku. Nie chciało mi się go prowadzić, ot, co, leń ze mnie. No, to tyle w temacie ciszy na falach.)

Mała Drobinova Kserovinka udowadnia, że dzień bez oskarżeń o agenturalną przeszłość jest dniem straconym. Zagadka, jakich argumentów Klon J mógł użyć w debacie dot. odwołania Bronisława Komorowskiego z funkcji marszałka Sejmu? No, jakich? TAK, pan Bronek również jest rosyjskim agentem.

Kaczyński zarzucił Komorowskiemu, że “nie szanuje głowy państwa” i ma “zadziwiającą tendencję, żeby przejmować rosyjski punkt widzenia”. – Trzeba to widzieć w kontekście powiązań (Komorowskiego -red.) z WSI, które były filią GRU (radziecki, obecnie rosyjski, wywiad wojskowy – red). Były premier odniósł się do słów marszałka, który komentując ostrzał kolumny prezydenckiej w Gruzji, stwierdził “jaka wizyta, taki zamach”.

(źródło: TVN24. Ja raczej powiedziałbym “jaki prezydent, taki zamach”)

W obronie marszałka wystąpił jak zwykle złotousty Stefan Niesiołowski. Spokojnie, na niego nasz filar “Solidarności” też coś ma.

W publikacji IPN-u “Działania SB wobec organizacji Ruch” pojawia się informacja, że obecny wicemarszałek Sejmu “opowiadał funkcjonariuszom o organizacji”. Najnowsze, nieoficjalne doniesienia mówią o planowanym wniosku PiS o odwołanie Niesiołowskiego z funkcji wicemarszałka sejmu.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński mówił też o Niesiołowskim: – Ten pan wmawia wszystkim, że był bohaterem, a nie był i powinien zostać zdemaskowany. Nie zamieniłbym się z nim na życiorys, choć prawdą jest, że nie siedziałem w więzieniu.

Autentycznie brzydzę się całą tą hałastrą.  W wyniku prawdopodobnej podpuchy ze strony Gruzinów Jar-Kacz-Sen może znowu miotać oskarżenia pod adresem każdego, kogo nie lubi. W końcu nieśmiertelny “Ukłat”(kto jeszcze pamięta obiat?) jest wszędzie.

Dobra, to  była tylko rozgrzewka przed normalnymi notkami. Jutro/pojutrze napiszę coś o nudnych rzeczach, ekonomii, moralności, albo jednym i drugim. W końcu mamy kryzys i krwiożerczy kapitalizm.


maj 29 2008

Przypuszczam i Strzelam

To będzie krótkie, ale znaczące.

Kilka europejskich państw, wśród nich Szwecja i Niemcy, odłączyło się ostatnimi czasy od kontynentu, płynąc w stronę Afryki i Azji. Inne, takie jak Szwajcaria, właśnie opuszczają ziemską atmosferę, kierując się w stronę Marsa. Chyba. Innego wytłumaczenia poniższych słów sekretarza generalnego PiSSa, Jarosława Zielińskiego niejakiego, nie widzę:
Proszę mi wskazać inny kraj w Europie, który dawałby tak duże prawa samorządom. Nie ma takiego kraju.
Mowa oczywiście o nadchodzącej reformie autorstwa PO, przekazującej sporo kompetencji samorządom.
Kariery akademickiej w politologii pan Zieliński nie zrobi, ale nieźle wpisał się w profil swojej partii.

Źródło

Niedługo będzie o idei referendów, czyli dziś głosujemy, ‘Stal nierdzewna – normy jakościowe’, za czy przeciw! Jak demokracja, to demokracja.